Piąty dzień. Czas pędzi.

Służy nam brak Internetu oraz sieci, nie wiemy co się dzieje na świecie i po prostu idziemy. Poranek wietrzny, Maciek robi śniadanie pod domkiem, w którym śpi grupa z Holandii. Śmiejemy i żartujemy z sytuacji na szlaku, pogadaliśmy o mokrych butach i tej mokrej niespodziance na dojściu do chaty, o tym jak się czujemy i w sumie jak nic już Ci nie przeszkadza.

Na dziś plan elastyczny- przejść tyle ile się da. Ostatnie dni w nocy padało dość mocno, prognoza pogody pokazuje, że dzisiaj może być podobnie i to nasz wyznacznik długości trasy.Jakby opisać ten dzień … może „nieskonczone przekraczanie rzek „. Pierwsze było łatwe dla nas, ale inna para stała na brzegu i kompletnie nie wiedziała co robić.

Przekroczyliśmy pierwsi rzekę, a potem kamień po kamieniu nawigowaliśmy ich do brzegu. ACT pod kątem przekraczania rzek jest bezwzględne, w tym roku poziom wody jest wysoki, nie zawsze zaznaczone kopczykami miejsca są najlepsze. Trzeba czytać rzekę. Wszyscy o tym piszą i mówią, a mimo to na szlak pchają się ludzie, którzy trzęsą się jak galareta idąc przez rzekę- a brak równowagi i stablizacji może skutkować nieplanowaną kąpielą. Oczywiście to się może zdarzyć każdemu, tylko czy wiesz co wtedy robić? Brzmi to okrutnie, ale naprawdę ACT jest tylko dla doświadczonych piechurów.

Idziemy olbrzymią doliną, rozciąga się przez kilkanaście kilometrów, to tutaj pierwszy raz zakładamy kapelusze z siatką na muszki. Te małe kreatury są tak upierdliwe, że nie ma skali by to opisać. Czuć zmianę aury i fakt zbliżania się do fjordu, jest wilgotno, chociaż ciepło i stąd spore zachmurzenie oraz zamglenie. Chowamy się w chatce Nerumaq, przerwa na kawę i posiłek, gdy my się już zbieramy do dalszej podróży, to holenderska ekipa kończy swój marsz. Próbujemy przejść przez rzekę w oznaczonym miejscu- nie da się- nurt wartki i jest głęboko, szukamy drogi z innej strony. To też powód dla którego szlak oznaczony jest jako 100 milowy (165 km), a nam wyszło ponad 170 km.

Kilka razy przekraczamy tego dnia rzekę, więc ja już chodzę w sandałach. Ta zimna woda, czyli krioterapia jest kojąca dla stóp, naprawdę to polubiłam. Na koniec dnia wpadam do wody i z trudem wychodzę, bo nurt wartki i nawet podwinięte spodnie są przemoczone powyżej kolana. Maciek mi pomaga się wygramolić i znajdujemy niedaleko idealne miejsce by się rozbić.

Robi się trochę nostalgicznie… wiemy, że jutro będziemy bardzo blisko Sisimiut, powoli żegnamy ACT i te nasze przygody na szlaku. Wydaje mi się to abstrakcją, tak bardzo przywykliśmy to tego życia. #Grenlandia #szeptypodroznicze #discoverarticcircle