Nie uwierzycie.
Zaplanowaliśmy „Rest day „.
Jak by wyglądał Wasz taki dzień? A jak wyglądał nasz, pewnie się domyślacie, że są pewne różnice. I
dziemy do Innajuattoq, na początek 300 metrów w górę. Rozgrzeweczka. Przydaje się poranny rozruch, bo pizga i ja ubrana na cebulę w 5 warstw. Przewodnik oferuje taki opis „to będzie dzień gór i jezior. Łatwo dostępna, najwyższa góra ma 450 m.n.p.m. Do wyboru macie dwie chatki nad czarujacym jeziorem” . Trasa 19 km. Brzmi wspaniale, prawda?
Paddy (autor przewodnika) bawi się z nami i myślę, że ma niezły ubaw czytając potem podobne relacje do moich. Widokowo cały dzień to uczta dla duszy, wieje, ale co tam- nie pada i ogólnie jest miło. Mało się zatrzymujemy, chcemy dojść do chaty i odpocząć, w końcu zrobiliśmy w 3 dni ponad 100 km, achillesy już to czują. Co ciekawe już nic nas nie boli od plecaków, zrosły się z nami. Nawet moje wystające obojczyki nie protestują, ciągle mówię do plecaka, że jest super i mu dziękuję. Idziemy, raz mokro, raz sucho, aż wchodzimy na teren rozlewiska 4 km przed chatką, co doprowadza mnie do stanu śpiewaczki disco polo. Bagna nadają rytm, a ja śpiewam takie bzdury, że ” malinowy mikrofon „byłby mój. Ubieram sandały i w bagnie po łydki idę do chatki, ACT znów pokazuje „moje drogie gąski, nigdy nie będzie za łatwo”. Bardzo nas cieszyło, że ten dzień miał tylko około 20 km.
Achillesy bolały mnie strasznie, ogarniałam nam spanko a Maciej gotował, widać już po nas, że te 4 dni dały nam w kość. Sen przyszedł wyjątkowo szybko.
#ACT #Grenlandia #discoverarticcircle #szeptypodroznicze
Dodaj komentarz